Wybierz język

Jesteśmy organizacją pożytku publicznego

numer naszego konta bankowego:
78 1240 1037 1111 0000 0693 1384

Dobrze słyszy się tylko sercem – spotkania dla głuchoniemych

„Na początku było Słowo” – tak rozpoczyna się prolog Ewangelii wg św.
Jana. Jest to Boże Słowo – Słowo ucieleśnione w Jezusie Chrystusie.
Czyż tych słów nie moglibyśmy użyć, chociaż w zupełnie innym wymiarze,
w odniesieniu do ludzkiej mowy?

Na początku było słowo –
podstawa każdego rodzaju komunikacji, podstawowy element ludzkiej
kultury na wszystkich jej płaszczyznach. To ono pozwala dzielić się
uczuciami i doświadczeniami, przy jego pomocy zawiązują się koła,
związki, społeczności. Słowa gniewu lub napomnienia wyjaśniają
sytuację, słowo rady wskazuje na nowe możliwości. Każde słowo jest w
jakiś sposób twórcze – zawiera bowiem ziarenko dobrego lub złego.

Mowa,
język – to pracujące, działające słowo. Jak więc kształtuje się życie
tych, którzy nie odbierają słów i nie kierują ich do drugiego
człowieka, a jeśli to czynią, to w o wiele mniejszym, niż my –
słyszący, zakresie?

Nie znają mowy

Głuchoniemi – to
ci, którzy urodzili się głusi albo ogłuchli tak wcześnie, że właściwie
nie znają mowy ze słyszenia. Jeszcze nie tak dawno głuchoniemi byli
traktowani w sposób uwłaczający godności człowieka. To przecież
zaledwie kilka lat temu w mazurskim gospodarstwie znaleziono 4-letniego
głuchoniemego chłopczyka, przez rodziców przypiętego łańcuchem do
chlewika – skazanego na życie zwierzęcia, aby nikt nie mógł go
zobaczyć.

W dorosłym życiu, oprócz normalnych wyzwań i
problemów, jakie stają na drodze każdego człowieka, głuchoniemi
spotykają się z takimi, które dla nas słyszących nie istnieją. Dopiero
od niedawna kobieta rodząca, która nie słyszy, ma prawo do obecności
tłumacza języka migowego, kiedyś zdana była tylko na – nie zawsze jej
przychylny – personel szpitala. Przy zakupach głuchoniemi często byli
oszukiwani przy wydawaniu im reszty, a sprzedawczynie niechętnie
„odgadywały”, o który wskazany towar chodzi. Do tego dochodzi troska
głuchoniemych rodziców o wychowanie ich słyszących dzieci…

Zawsze nie słyszę

Karen
Ur-Rehman, była prezes Międzynarodowego Duszpasterstwa wśród
Niesłyszących (IVSS), która ma bardzo duży ubytek słuchu i nosi aparat
słuchowy, tak mówi o sobie: „Czy tego chcę, czy nie, wczoraj – dziś –
jutro – zawsze nie słyszę… Nie mogę skończyć z życiem i nie mogę
skończyć ze swoją głuchotą. Humor i autoironia to Boże dary, które
pomagają mi żyć. Staram się żyć normalnie, ale często jestem
nienormalnie traktowana. Znam smak lęku, gdy widzę śmiech innych – czy
oni śmieją się ze mnie?”

Nie każdy też głuchoniemy tak pięknie
i dojrzale rozumie swoje kalectwo, jak 42-letni Mikesy Gyorgy z Węgier,
którego poznałam wiele lat temu na jednej z konferencji. Mikesy urodził
się głuchym, w szóstym miesiącu życia nie miał jeszcze odpowiednio
ukształtowanych kosteczek w uchu. W uporaniu się ze swoim kalectwem na
pewno pomógł mu dom rodzinny, w którym wyrósł.

„Wychowywałem
się w dużej rodzinie, w której – poprzez ogromną mi łość i radość
promieniującą z moich rodziców – poznawałem miłość Boga. Tego wielkiego
duchowego bogactwa doświadczałem wraz z ośmiorgiem rodzeństwa, chociaż
pod względem materialnym – muszę przyznać – żyliśmy bardzo biednie. Nie
mieliśmy pojęcia o tym, że czegoś nam brakuje – byliśmy po prostu
szczęśliwi. Wówczas nie orientowałem się jeszcze, że jestem głuchy,
mimo iż musiałem wkładać nieco więcej wysiłku od innych, by osiągnąć
jakiś cel”.

Zgubny wpływ techniki

Już w III w. bp
Cyprian z Kartaginy w swoim piśmie „De mortalitate” pociesza tych,
którzy ucierpieli z powodu dżumy, stracili wzrok lub słuch, życząc im,
„aby to wszystko służyło do wykazania ich wiary. Jak wielka to
szlachetność – pisze – stać prosto w pośrodku unicestwienia, a nie
leżeć bezsilnie na ziemi, jak ci, którzy nie mają nadziei”.

Dawniej
tracono słuch w wyniku zaniedbania i braku pomocy medycznej, dziś
zgubny wpływ ma technika i sposób życia. Dzisiejsza rzeczywistość
również niesie z sobą wiele zagrożeń dla słuchu. Niebezpieczne są np.
strzelające zabawki niebacznie przykładane maluchom do ucha, zbyt
głośna muzyka i inne. W Niemczech liczbę ludzi niedosłyszących (z
powodu wieku, warunków pracy, chorób, głośnej muzyki) szacuje się na
około 15 milionów.

W 1998 r. dwaj niemieccy naukowcy
przeprowadzili badania, w których dowiedli, że na podstawie krzyku
rodzącego się dziecka można już określić – przy pomocy otoakustycznych
emisji dźwięku – wady jego słuchu. Wczesna diagnoza pozwala na równie
wczesną terapię, dającą dziecku większą szansę na dostosowanie się do
świata słyszących.

Spotkania w Bielsku

Od 16 lat w
parafii ewangelickiej w Bielsku odbywają się spotkania osób, które nie
słyszą. Wielu z nich urodziło się już niesłyszącymi, inni stracili
słuch w wieku nawet kilku miesięcy Przyczyn ich kalectwa jest wiele.
Matka jednego z niesłyszących, będąc w ciąży chorowała na cukrzycę.
Dziecko było głuche od urodzenia. Inni utracili słuch w wyniku
zapalenia ucha środkowego, nieszczęśliwego wypadku.

W
spotkaniach głuchoniemych, w których biorą udział ewangelicy,
uczestniczą także – od czasu wspólnego wyjazdu do NRD – katolicy. Do
zorganizowania tego rodzaju spotkań namówił mnie przed laty zapalony
niemiecki duszpasterz głuchoniemych – ks. Dietrich Wegmann.

Spotkania
odbywają się raz w miesiącu, w okresie Adwentu i Pasji są poprzedzone
nabożeństwem spowiednio-komunijnym, które prowadzi bp Paweł Anweiler.

Chciał być z innymi

Często
niesłyszący członkowie zboru pragną również uczestniczyć w jego życiu.
Przykładem może być tutaj głuchoniemy Wilhelm Kliber z parafii
bielskiej, który – nim zaczęły się odbywać regularne spotkania dla
niesłyszących – uczestniczył w nabożeństwach. Chciał – mimo, że nic nie
słyszał – być w społeczności wierzących. Teraz, mimo spotkań z innymi
niesłyszącymi, nadal to czyni.

„Ludzi niepełnosprawnych nie
wolno nosić na rękach, ale należy wspierać ich w potrzebach. Kto widzi
w nim pełnosprawnego i wolnego partnera daje mu poczucie własnej
godności, a jednocześnie ochrony. Z jednej strony miłosierdzie, ale z
drugiej sprawiedliwa ocena prawa do godności i szacunku, które należą
się upośledzonemu” – pisał Mikesy Gyorgy.

Mówić blaskiem twarzy

Ludzie
„zdrowi” mogą i powinni uczyć się od ludzi niepełnosprawnych. Na tym
przecież polega bogactwo społeczności złożonej z małych, dużych,
młodych, starych, chorych, niepełnosprawnych. Kiedy więc jesteśmy w
towarzystwie niedosłyszących lub niesłyszących, powinniśmy patrzeć w
oczy naszego rozmówcy, mówić powoli, bo wielu z nich odczytuje z ust, a
wszyscy są bardzo wrażliwi na to, czy poważnie ich traktujemy. Możemy
porozumiewać się z nimi poprzez mimikę, gest, uśmiech, podanie ręki.


prawdę ujął pięknie Roman Mleczko: „Są takie święte wyrazy twarzy,
które świadczą o tym, że człowiek nie milczy, tylko duszą mówi.
Człowiek potrafi wypowiedzieć sobą najpiękniejsze cuda. Są ludzie,
którzy potrafią posługiwać się uśmiechem, blaskiem oczu, jak językiem
najbieglejszym w słowa. SŁYSZAŁEM człowieka, który mówił blaskiem
swojej twarzy”.

Barbara Adamus